Miesięczne archiwum: Czerwiec 2015

Te małe rzeczy (tak jak ten post)

Witojcie!

Niech nie zrazi was tytuł i długość posta, albowiem wszystko to jest zamierzone.

Otóż postanowiłam zrobić kilka motywujących wpisów. Ano tak mnie jakoś natchnęło.

Więęęęc teraz będą dominowały na tym blogu (chwilowo) treści inspirujące, kolorowe, jak najmniej związane z ciemną historią StarCultu.

TAK. WŁAŚNIE. KONIEC (chwilowo) ZE STARKIDAMI. Można świętować.

 

 

 

beautiful_world_by_rhads-d7iotc1

 

 

„Te małe rzeczy”, hm? Czy wszechobecne, ulotne, ogromne, puszyste chmury do nich należą?  Wiem jedynie, że okropnie je lubię. Polepszają mi humor, to na pewno. Lubię podejść do okna lub spojrzeć w górę, by ujrzeć właśnie je, na błękitnym niebie, jak sprawiają wrażenie, jakby można je było dotknąć, oderwać kawałek i zabrać do domu.

Niekoniecznie potrzebuję znać ich nazwy, jestem po prostu szczęśliwa, że je widzę, że istnieją, że wiem, że są. Lubię widzieć, że jest ich tak wiele. Są niepowtarzalne, śmiertelne (w rozumieniu chmur, przecież zawsze znajdzie się chamski wiatr, który je rozdmucha. Są jednak jeszcze te wiatry, które pchają je do przodu, to też trzeba pamiętać – nie każdy wiatr to łotr!).

Dziwnie by było, gdyby nie było chmur. Słońce byłoby nie do wytrzymania! Och, i czy nie znaczyłoby to katastrofy? Chmury = deszcz.

Ride The Earth

Ta, chmury to coś.

Ale wróćmy na Ziemię! :D Jak tam u Ciebie, Ty który to czytasz? Lubisz chmury? Może wolisz gwiazdy, płatki śniegu, piasek? Staram się zmusić Ciebie do oderwania się od Twojego sposobu bycia, od Internetu (nie dosłownie, bo jakbyś to czytał?), tylko na sekundkę. Opowiedz mi o sobie! Pogadałabym z każdą, każdą chmurą (nooo, może nie z taką, co wali piorunami…) i słuchałabym jej, dopóki Siła Wyższa (czytaj: Mama) nie kazałaby mi wrócić do domu.

Jeśli chcesz wiedzieć, jak u mnie, to jest całkiem spoko. StarKidowie barwią moje życie na równi z Harrym Potterem, więc w sumie wygląda ono kolorowo.

Och, i jak już jesteśmy przy mnie, to przypuszczam, że trochę wolno mi się pochwalić:

Zbliżają się wakacje (już tylko około 20 dni!!!), znowu jadę na obóz harcerski. Ten będzie dla mnie szczególny, zostałam bowiem poproszona o prowadzenie zajęć dla zuchów (tych małych, co samodzielniejszych dzieci, których rodzice wysyłają do lasu). Zostałam uprzedzona, że wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Nie tak całkiem, bo cała istota bycia istotą ludzką polega na umiejętności improwizacji, czyli guzik można wymienić. A nawet doszyć, jeśli poprzedni wypadnie. Plany B są niezmiernie ważne.

Ale trzeba się przynajmniej starać, by chociaż ponad połowę planu przeprowadzić tak, jak się zamierzało. I trzeba uważać, żeby wszystko mieć.

Przykład? Mamy zaplanowane zajęcia z rzucaniem piłki. Całe dwadzieścia minut może nam na tym zlecieć. A więc – gdybyśmy nie wzięli piłki – zajęcia szlag bierze. Piłka może tu być metaforą człowieka, który jest bardzo ważny. Ogólnie albo akurat w bieżącym momencie. Zabraknie go – nie ma całej akcji. Oleje sobie – to samo.

Oczywiścieeee, znam mnóstwo ludzi, którzy powiedzieliby: „Ja nie jestem piłk- to znaczy, liderem! Poradzą sobie beze mnie, jest tysiące takich jak ja”.

I ja się zgadzam.

Ale, pozostańmy przy przykładzie zajęć zuchowych, mamy kilkanaście, kilkadziesiąt par nożyczek. Ołówków, długopisów, podwieczorków, bułek, miejsc w autokarze. Ta, wszystkie są podobne. Ktoś może myśleć, że jedno mniej nie zrobi różnicy.

Ale, ale. Przyjdzie czas zajęć, podwieczorka, posiłku, odjazdu. Jedne nożyczki, ołówek, długopis, baton, bułka się zgubi. Okaże się, że w pojeździe jest o jedno miejsce za mało. I klapa. Wszystko leży.

Daj Boże takiego zucha, który powie: „Jak skończę, pożyczę Marysi nożyczki”. „I tak nie miałem dziś ochoty na deser”. „Podzielę się z Arturem bułką”. Taki da sobie radę (omg, obóz pełen takich dzieciaków to raj).

Ale najczęściej są to gagatki typu: „To mój długopis!”, „Nie dostałem podwieczorkaaaaaa, chcę do maaaaamyyyyyyy”. „Zjedli wszystkie ogórki, chyba się popłaczę” – nie żartuję, to ostatnie się zdarzyło rok temu. I co wtedy? Zuszek ma zepsuty dzień. Foch for ever.

Tak więc… Nie chcę, by ktokolwiek był ołówkiem, który stwierdzi „Jestem do niczego, poradzą sobie beze mnie” i da się wykończyć temperówce lub rzuci się ze stołu! Jeśli nawet został na chwilę sam, to gwarantuję, że znajdzie się ktoś, kto będzie go potrzebował. Może akurat był w toalecie? A on się załamał i poddał? I co ten drugi zrobi? On będzie sam! Zostanie bez ołówka! Nie bądźmy egoistami.

 

Tak więc z okazji tego cudnego, cieplusiego, przyjemnego (nawet pomimo faktu, iż mamy poniedziałek) Dnia Dziecka pozostawiam tu ten wielce inspirujący i okazjonalnie pozbawiony Starkidów post. 

Ponadto moja aspołeczność oraz brak zadań domowych pod koniec ostatniego tygodnia przyczyniły się do skończenia TTO!. Tak więc, nie przeciągając, żegnam i zachęcam do zajrzenia na oregoński szlak :)