Miesięczne archiwum: Listopad 2014

Zwykły, wielotematowy post

+EDIT

Oj, tak tu było pusto, że postanowiłam napisać kolejnego posta z cyklu „pogadajmy o tym, co interesuje mnie, a jak masz coś do powiedzenia, to się tym podziel„.

Co u mnie słychać? Ciągle to samo – rano budzik, potem codziennie powtarzające się wołanie zza drzwi łazienki („Poospiesz sięę!”), następnie przeszywające świstanie mojej świnki, gdy otwieram lodówkę, w końcu odpowiedź na moje „pa”, gdy wychodzę do szkoły. A tam to tylko dzwonki, szepty dookoła i monologi nauczycielek. A w domu odwieczne kłótnie rodzeństwa, irytujące pytanie „Jak w szkole?” i okropny soundtrack z gry Don’t Starve. Pod koniec dnia głównie telewizor i głosy youtuberów zabawiających dzieci minecrafta. Wreszcie słyszę ciszę. A po kilku godzinach budzik.

Wiem, to strasznie ciekawe :) Mam tyle szczęścia, że moim jedynym problemem jest chęć ponownego przeczytania HP. Jednak, jako że postrzegają mnie za „dobrą uczennicę”, muszę przeczytać wpierw szkolną lekturę, a książki typu „powieściowiersz” mnie nie pociągają. Mam niezdrową ochotę na Harry’ego. Jest to jedyna książka, jaką chciałabym teraz czytać, pomijając „Koralinę”, „Gwiazd naszych wina” i „Opium w rosole”. Okropnie się czuję, mogąc rzucać faktami z magicznego świata na prawo i lewo, bo nikt nie chce tego słuchać. Z jedyną osobą, która byłaby chętna do rozmowy w tym temacie, chyba się nie lubimy… Więc żyję sobie w nudzie, czekając aż odpowiedź rodzeństwa na moje pytanie „Oglądamy Harry’ego?” będzie twierdząca.

Tak w ogóle, to mam zamiar wziąć udział w konkursie organizowanym co dwa lata przez miejscowy ośrodek kultury – jestem w trakcie wymyślania takiego opowiadania, które jury zdołałoby przeczytać do końca (nie z powodu krótkiej historii, ale wciągającej fabuły, ma się rozumieć :D). Nie wiem, czy mi wyjdzie, ale mam nadzieję dostać chociaż trzecie miejsce. Przecież nie napiszę nic gorszego niż dwa lata temu! (To była nudna, zagmatwana i kończąca się w połowie opowieść o jakiejś równie nudnej, co płytkiej dziewczynie, która spotyka ptako-wilko-człowieka. Kobieta, której  razem ze współautorką wręczałam nasze dzieło, powiedziała „Widać, że samodzielnie robione”. Postronny obserwator  mógłby uznać to za komplement, jednak po zerknięciu okładkę zmieniłby natychmiast zdanie :/).

A oto zdjęcie z życia wzięte, obrazujące fakt, iż umiem sobie poradzić, gdy okazuje się, że pada mi telefon, a nie chce mi się czekać aż się naładuje i dodatkowo pod sufitem nie ma kontaktów: IMG-20141107-WA0000 Takim sposobem mogę sobie wygodnie leżeć na łóżku, pykając na komórce :3 Okazało się, że „Wnuczka do orzechów” miała swoją premierę w zeszły czwartek. Ja i tak poczekam sobie do świąt, może jakiś wspaniałomyślny człowiek obdaruje mnie łaskawie chociażby jedną z pożądanych przeze mnie książek. Nadzieja przede wszystkim!

Ano i standardowe pytanie – czy ludzie powariowali? Na co im wystawianie w listopadzie ozdób świątecznych? Co, w grudniu nie zdążą? Irytuje mnie śpiewanie kolęd wcześniej niż  na tydzień przed Bożym Narodzeniem. Nie widzę w tym sensu, tak jak w wystawianiu grubych, długobrodych krasnali w czerwonych kożuchach na wystawach sklepowych. Pal ich licho, gdy stoją sobie od, przypuśćmy, piętnastego grudnia, ale błagam, nie listopada! To jest niesamowicie ciekawe, co ci utuczeni brodacze udający Świętego Mikołaja mają w swoich napakowanych worach. Gdyby nie fakt, że jestem fanką takich dziwactw jak podróż w fantastyczne krainy, magia, magiczny pył i przyjaźń ponad wszystko, nie wierzyłabym w bujdy o sympatycznym staruchu z tonami prezentów, od czasu pamiętnego zdarzenia w dniach okołoświętnych, gdy wyobraźnia moja nie skalana była jeszcze przygodami Harry’ego Pottera (och, zamierzchłe to czasy…):

Zaczęło się od tego, że mój ukochany braciszek przez przypadek strącił ze stołu moją kulę śnieżną. Kula była mała, ale moja rozpacz ogromna, w końcu to była MOJA kula, dopiero ją dostałam i na pewno była śliczna (inaczej rodzice następnego dnia nie lecieliby ze mną na drugi koniec miasta po nową, co nie?). Dopiero w drodze powrotnej zauważyłam tego mechanicznego dziada w czapce z pomponem, stojącego przed drzwiami jakiegoś sklepu. Z zamiarem przyjrzenia się z bliska temu zjawisku, przebiegłam na drugą stronę ulicy, zostawiając rodziców obserwujących moje poczynania. Stanęłam w odległości trzech kroków od Mikołaja, a że był ogromny (wówczas chyba dwa razy większy ode mnie) i taki milutki, sprawiający dobre wrażenie, podeszłam jeszcze troszkę bliżej. To „troszkę” wystarczyło, by czujnik w tym potworze mnie wyczuł i uruchomił postać.

Grubas machnął ręką jak tasakiem, rycząc równocześnie „HO HO HO, MERRY CHRISTMAS”. A co zrobiłam ja? Najpierw osłupiałam, a gdy do mnie dotarło, że posąg przemówił, rzuciłam się czym prędzej w stronę rodziców, którzy zwijali się ze śmiechu, pewna, iż krasnal ruszył w pogoń.

Nooo, to były czasy, gdy jeszcze tata nie edukował mnie filmami typu „Gwiezdne wojny”. Gdyby tak było, widok gadającego robota nie wzbudziłby we mnie tak panicznego strachu xD Tak więc, gdyby nie Disney oraz „Ekspres polarny”, już w przedszkolu głosiłabym, że Święty nie ma w worku prezentów, a naiwne dzieci, na tyle nieświadome zagrożenia, by podejść do jego figurki naturalnej wielkości.

Wspominałam o kolędach – piosenkach świątecznych, ale co z tymi nieświątecznymi? Moim skromnym zdaniem są do bani. Te wszystkie piosenki lecące w radio, rozpowszechniane w dzisiejszych latach na YT są beznadziejne. Kiedyś to mieli – taką „Rotę” na przykład. Motywującą do działania, do patriotyzmu. A teraz co? Tylko narkotyki, nieszczęśliwa miłość i przekleństwa. W takich momentach jestem dumna z tego, że jestem harcerzem… (Haha, żart, zawsze jestem :P ♥) Śpiewamy takie cudowne piosenki. Te napisane dla jaj, typu „Nie umieraj dżdżownico” (nawet VlogMateusz ją śpiewał ;), ale też takie o przyjaźni. Ile razy bym nie słyszała „Płonie ognisko”, czy „Bieszczadzki trakt” zawsze czuję wzruszenie, bo jestem wówczas z ludźmi, którzy się lubią, szanują i, co jest genialne, pomimo munduru są sobą, a kolor chusty i beretu w ogóle się dla nich nie liczy, liczysz się ty, twoja osoba, a nie to, do której drużyny należysz.

To niesamowite, o czym opowiadały piosenki w czasie wojny. Były po to, by jednoczyć i pobudzać do walki o lepsze jutro. „Warszawskie dzieci”, „Pałacyk Michla”. Ohydnie smutną piosenką jest „Szary mundur”. Nienawidzę dreszczu, który mnie przechodzi, gdy przy słowach „padł strzał” zalega cisza, zamierają gitary, by śpiewający mogli zaintonować końcowe słowa ostatniej zwrotki. To są magiczne chwile. Harcerstwo to jedyna rzecz, do której żywię takie same uczucia, jak do Hogwartu. Zawsze mi tego mało, tęsknię za tym, chcę się czym prędzej znaleźć wśród takich jak ja. To jest serio potężna siła, bo po dłuuugim czasie opierania się stworzeniu Facebooka, konto założyłam dla sprawy związanej z harcerstwem :)

+ Na obozach, biwakach, rajdach czy zbiórkach często mamy trochę historii. Opowiadają nam na przykład jaką rolę podczas wojny odgrywali harcerze. Kilka razy przynieśli nam granaty ręczne, takie jak ten:

 

...Lipne, ma się rozumieć :) No i tak to już jest, że jak się czymś rzuca, to się to psuje… Ale i tak wszyscy byliśmy zdziwieni, gdy majtnięty przeze mnie granat rozleciał się na dwie części xD

Okay, ale koniec już tego wszystkiego, miałam jeszcze napisać coś o HP, ale zapomniałam co to miało być… Toteż czas na filmiki! ^^





A to dwie z wymienionych przeze mnie piosenek harcerskich:





 

A tak w ogóle, to byłam w niedzielę w kinie na filmie „Miasto 44″. Całkiem był ciekawy, muszę przyznać, i nieźle zrobiony. Deszcz krwi i flaków (ble, nadal nie pojmuję, jak mogli się tam nie porzygać) był okropny, a Stefan – główny bohater – chyba nawiedzony. Miał takie coś w oczach, jakby go szatan opętał. Ale niezły był jego manewr z łopatą pod koniec filmu ;) Taka ruda tam była, co to niby z tym Stefanem, a chyba jednak nie, ale każdy chciał ją zgwałcić… W każdym razie scena ich pocałunku była okropna: stali na środku, na linii ostrzału, niczym nie osłonięci, a mimo to pociski Niemców omijały ich szerokim łukiem, DOSŁOWNIE łukiem *facepalm*

Wzdrygam się na samą myśl o tym, że może wybuchnąć jeszcze trzecia wojna. Okrucieństwo, wszędzie śmierć… Jak ludzie mogą to robić? Mój mózg (nawet po dawce rzezi, jaką oferuje każda cześć Uncharted oraz tragicznej wizji końca ludzkości, przedstawionej w TLoU) nie może oswoić się z myślą, że tego wszystkiego kiedyś mogłoby nie być. Że musielibyśmy stanąć do walki. To jest przerażające i lepiej, by tak się nie stało. Kto w ogóle miałby w tych czasach odwagę bronić swojej ojczyzny? Nikomu by chyba nie było jej żal, w końcu cudze lepsze.

Albo skończymy tak, jak w „Teoretycznie Możliwej Katastrofie” Rafała Kosika – przez ludzką pychę wszystko, nad czym pracowaliśmy przez wieki, się rozsypie, nie będzie miało znaczenia, wystąpimy przeciwko siłom przyrody, zaślepieni swoją władzą, i to nas zgubi.

Wbrew pozorom, nie jestem też za apokalipsą zombie, tak dla ścisłości :D

Ano i mi się przypomniało, co to o tym Heniu Garncarzu powiedzieć chciałam! Otóż wtedy, gdy to dopadłam się do tej serii, zrozumiałam wiele wątków, uśmiałam się i co kilka rozdziałów było takie „łooooo”, kiedy zdarzało się coś niespodziewanego. Pomimo tego zebrało mi się na „sztukę” (czyt. gnioty, które potem zalegają na półkach lub trafiają do jakiegoś pudełka czy teczki, bym później mogła je wyjąć i zdziwić się, co mnie, kurczę, wówczas nawiedziło) i wykonałam taką oto makietę gry w quidditcha:

20141010_160602

 

… A potem przylepiłam ją do ściany :3

To tyle, jak na ten wpis. Mam nadzieję dodać jeszcze jeden przed świętami, coby tutaj chociaż „wesołych świąt” napisać. Pozdrawiam, do napisania :)