Miesięczne archiwum: Październik 2014

Bezsensowne Opowiadanie 9

Hej:) Oto kolejny rozdział Bezsensownego Opowiadania! *wiwaty* *gwizdy* *brawa* *schyla się, przed lecącym skądś zgniłym pomidorem*

Jest chyba przykrótki, ale cóż – jest. Przykro mi, Harry Potter, który czyta książkę Księcia Półkrwi zasługuje na uwagę. No i trudne sprawy Rona i Hermiony (zdrady *o*), te klimaty ;)  

No to taaaak… Jak zwykle zapomnę o kupie rzeczy, które chciałam napisać, ale nie ma rady, takie życie… No to zamiast z Zamrożonych, proszę, trochę czegoś o HP:

Bardziej kompletna wersja, niż ta wcześniejsza, którą gdzieś tam podałam, ale równie prawdziwa :D

Kto jeszcze nienawidzi Umbridge bardziej od Voldemorta? *podnosi rękę*

A to moja twórczość, coś, z czego śmiałam się przy „Zakonie Feniksa”

To też moje (po angielsku po prostu brzmi lepiej)

 

Proszę, miłego czytania:

 

Świecące blado słońce wznosiło się mozolnie na niebo. Gdy osiągnęło wysokość drugiego piętra, jego promienie padły na zabałaganiony pokój, pełen rozmaitych śmieci i mebli, w większości uszkodzonych, i na strzechę włosów, porozrzucanych w nieładzie po przedramionach śpiącej dziewczyny i blacie biurka, przykrywając niemal całkowicie dużą mapę miasta.

W pewnym momencie dziewczę drgnęło, wytrącone ze snu zapewne trzepotem skrzydeł samotnego gołębia, który przysiadł na parapecie otwartego okna. Zbudzona podniosła głowę, opartą dotychczas na rękach, i spojrzała zaspanym wzrokiem na ptaka, który tuż przed nią wykonywał typowy gołębi taniec, polegający na ruszaniu głową w przód i w tył.

Nagle drzwi za plecami dziewczyny otworzyły się gwałtownie strasząc i gołębia, który czym prędzej odleciał, i dziewczynę, sprawiając, że poderwała się z krzesła, niefortunnie przedzierając mapę na pół.

- Co ty wyrabiasz? – syknęła na dzień dobry Paulina, zamykając drzwi – Czego się tak zlękłaś?

- Nno… niczego – zawstydziła się Mała, biorąc w ręce kawałki mapy i zbliżając je do siebie, jakby miały się w ten sposób zrosnąć. Rzeczywistość zwaliła się na nią tak nagle, jak lodowata woda z wiadra. Zerknęła na trzymany w ręku papier i poczucie wstydu urosło dwukrotnie. Zawiodła Paulinę. – Po co przyszłaś? – spytała cicho, choć widziała dobrze po co.

- No, żeby zobaczyć jak ci idzie? Siedziałaś tu przez całą noc – wytłumaczyła jej tonem sugerującym, że mówi do dziecka w wieku Rozalii, tylko głupszego i bardziej nieznośnego. Pochyliła się nad mapą, którą dziewczyna nadal trzymała w dłoniach i twarz jej stężała. Zobaczyła, że Mała w ogóle nie posunęła się do przodu w tym, nad czym miała pracować. – Och, widzę, że nie uporałaś się z zadaniem… Jak chcesz, to możesz dalej się obijać – warknęła, prostując się i odchodząc o krok od niej – Siedź tu sobie ile chcesz, nie musisz mi pomagać, wiesz? Jak nie chcesz, to sama sobie poradzę.

Mała patrzyła na swoje buty. Buty, które dostała od Pauliny. Tyle dla niej zrobiła, a ona nawet głupiej mapy nie umiała przejrzeć. Czegoś tak prostego nie mogła wykonać!

Chodziło o to, że nie później jak tydzień temu starsza usłyszała od kogoś, że na ulicy Apoloniusza 14 jakaś kobieta z nastoletnią dziewczyną pytały o pięciolatkę imieniem Rozalia. Paulina była ogromnie podniecona. Wykradła komuś mapę i kazała Małej szukać owej ulicy, a sama zajęła się nie wiadomo czym. Myśl, iż pomagając w tym Paulinie, pomaga też Rozalii, nieco zniechęcała Małą, chociaż powinno ją to motywować, bo przecież gdyby smarkula znalazła swoją rodzinę, nie musiałaby więcej znosić jej obecności. Mówiąc krótko, olała polecenie starszej po niecałych dziesięciu minutach pracy i zasnęła, próbując przed snem pomyśleć o konsekwencjach. Odpłynęła jednak zbyt szybko i teraz, rano, ma za swoje.

- Oddaj mi tą mapę – powiedziała szorstko Paulina, wyciągnąwszy rękę – Sama się tym zajmę.

- Nie… eee, przepraszam – odrzekła dziewczyna, wytrącona ze swoich myśli. Schowała ręce za plecami i spojrzała na Paulinę ze skruchą – Ja naprawdę chcę ci pomóc. Rozumiem, że twoja szlachetność każe ci pomagać takim małym, słodziutkim grzdylom, więc – podniosła nieco głoś, bo tamta z oburzoną miną chciała coś wtrącić – Skoro tego chcesz, to ci pomogę, ok?

Zanim odpowiedziała, rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie, ale powstrzymała się przed komentowaniem fragmentu jej wypowiedzi, obrażającego Rozalię.

- Dogłębnie ujęło mnie to, że wspaniałomyślnie zasnęłaś na mapie, bo około trzeciej wbiła tu Ares, więc gdyby nie ty,  dowiedziałaby się o naszych zamiarach – Machnęła ręką w stronę notatki sporządzonej na samoprzylepnej karteczce, przyklejonej do mapy. Sama napisała tam poprzedniego wieczoru „Apoloniusza 14″. – To zrozumiałe, że jesteś leniwa i nieczuła na cudze uczucia, jednak – teraz ona podniosła głos, bo w tym momencie Mała chciała zaoponować jej stwierdzeniu. – Byłoby mi głupio iść samej na Apoloniusza, więc…

- To ty chcesz tam iść?! – wykrzyknęła dziewczyna, na co starsza zaczęła ją gwałtowanie uciszać.

- Nie drzyj się! A co niby mam zrobić? Sama słyszałaś, że Ares to straszny tchórz i egoistka. – Mała kiwnęła głową, żeby potwierdzić, że pamięta. Kiedy Paulina zdobyła informację o tym poszukiwaniu pięciolatki, Ares kłóciła się z Haliną. Ta druga chciała natychmiast tam jechać i to sprawdzić, ale Ares zaczęła wykrzykiwać, że postradała zmysły, że ona nie zamierza ryzykować dla jakiejś pojedynczej smarkuli (Mała zaczęła wtedy chichotać, ciesząc się, że Ares podziela jej zdanie, a Paulina pchnęła ją tak mocno, że prawie się zdemaskowały, bo o mało nie wpadła na drzwi, za którymi stały obie kobiety). To może w pewnym stopniu było rozsądne, ale według opowieści Pauliny podobnie zareagowała, gdy porwano jej przyjaciół. A było ich czworo, wśród nich osoba, którą darzyła uczuciem romantycznym. Nie zrobiła nic, wróciła do Bazy i nie dała po sobie poznać, że cokolwiek ją wzruszyło. A potem (z pewnością bezpodstawnie) oskarżyła o wszystko Paulinę.

- Reasumując: jeśli Roza ma dostać mamę z powrotem, tylko my dwie możemy coś zdziałać. – zakończyła  z powagą godną jakiegoś obdarzonego brodą i głębokim autorytetem człowieka. Po swoich słowach cofnęła się do drzwi i z ręką na klamce rzekła – Zaraz wracam – I wyszła.

Mała stała przez chwilę bez ruchu, rozmyślając nad tym, co powiedziała starsza, a w końcu usiadła przy biurku i ze smętną miną poczęła jeździć palcem po odcinkach równoległych, symbolizujących ulice, poczynając od dużej kropki z dopiskiem „Baza”. Aleja Nowoświecka, ulica Szparkiewicza… A co, jeśli mamy Rozalii już dawno tam nie ma? Niby po co miałaby się zatrzymywać akurat tam, gdzie powiedziano, że jej córeczki nie ma? Bardzo prawdopodobne, że pójdą tam na próżno, jeśli, oczywiście, Mała znajdzie w końcu tą głupią ulicę… Ulica Szparkiewicza prowadziła za mapę, toteż dziewczyna odjęła palec od papieru i przyłożyła go z powrotem na kropce Bazy. Zaczęła przeszukiwać drugą stronę rozdartej mapy, na którą prowadziła ulica Alchemików, która po kilku centymetrach krzyżowała się ze Starym Światem.

Trzeba pomyśleć logicznie – skoro kobieta uciekała w takim popłochu, że nawet nie miała czasu wrócić po swoją córkę do domu, to czy zatrzymywałaby się w tym samym mieście po tym, jak poinformowano ją, że Rozalii w nim nie ma? Nie uwierzyła im i postanowiła samodzielnie sprawdzić całe miasto, jak na matkę przystało? A może po prostu załamała się i postanowiła mieć wszystko w nosie i siedzieć w jednym miejscu? Stary Świat płynnie przeszedł w ulicę Apoloniusza. Mała głowę by dała, że obie już nie…

Jej myśl dosłownie zamarła. Miała przed oczami jedno słowo: Apoloniusza. Ulica Apoloniusza. Krzyknęła i skoczyła na równe nogi. ZNALAZŁA. I to niecałe sześć centymetrów na mapie od Bazy!

Zszokowana, nie myśląc, co robi, na szybko obliczyła rzeczywistą odległość – około trzech kilometrów.

Nie mogła w to uwierzyć.

Musi natychmiast powiedzieć o tym Paulinie! Przekona się, że można na niej polegać! Zobaczy, że mimo nienawiści do Rozalii potrafi zrobić coś dobrze. Zrozumie, że Mała jest czegoś warta.

Pełnym sprintem pokonała cały korytarz na drugim piętrze, zbiegła po schodach i ostro wyhamowała przed drzwiami mieszkania Pauliny, czując jak serce łomoce jej o żebra, trochę z powodu biegu, a trochę z podniecenia. Już widziała w myślach scenę, która za moment się rozegra: wejdzie do jej pokoju, stanie przed nią, promieniejąc dumą, i oświadczy jej, że znalazła, zgodnie z obietnicą, ulicę Apoloniusza 14. Wtedy tamta się uśmiechnie i powie dobre słowo, powie chociażby tyle, co „Rozalka na pewno by tego nie dokonała. Można na ciebie liczyć”.

Odetchnęła i pełna jak najlepszych przeczuć otworzyła drzwi, uśmiechając się od ucha do ucha.

- Paulin… aaa? – zawiodła się, widząc tylko wiążącą sobie buta Rozalię.

- Cześć – powiedziała dziewczynka, zeskakując ze swojego łóżka pod oknem i sięgając drugiego buta spod rozkładanej kanapy. – Pauliny nie ma.

- Cześć – odburknęła Mała, momentalnie tracąc dobry humor. – Widzę przecież.

I odwróciła się, zamierzając poszukać starszej gdzie indziej, ale smarkula powiedziała coś, co zdziwiło ją ogromnie.

- Zygfryd miał rację.

- W czym? – zdumiała się, z powrotem stając przodem do dziewczynki. Zygfryd ma rację? Te dwa słowa nie mają prawa występować razem!

- No, że masz ładny uśmiech.

Mała popatrzyła na nią jak na wariatkę. Musiało jej się przyśnić, bo nie ma mowy, żeby Zygfryd powiedział o niej coś miłego. On, który za każdym razem rzucał na jej widok tekstami w stylu „wampir, wampir, pokaż kły” (co, prawdę mówiąc, było bardzo dziecinne, jak na jego wiek), bo wielce przeszkadzało mu, iż jej górne kły są nieco „wampirze”. Nie, to na pewno jej się śniło…

- Dlaczego tak patrzysz?

Mała wróciła na ziemię. Och, Paulina!, przypomniała sobie.

- Idę do Pauliny – oznajmiła Rozalii, wychodząc z mieszkania.

- Zaczekaj! Też chcę iść – zawołała za nią dziewczynka, dołączając do niej na korytarzu i zamykając za sobą drzwi na klucz, który potem wcisnęła w dłoń Małej. – Paulina kazała zamykać. – dodała, doganiając ją na schodach.

Mała była przekonana, że starsza jest u Ares albo gdzieś w okolicy, co w sumie wychodziło na to samo, bo Ares, mimo że zamieszkiwała pokój na drugim piętrze, przesiadywała ciągle w pomieszczeniu, w którym ją Mała po raz pierwszy zobaczyła.

Zeszły po cichu schodami na parter, nie chcąc w jakikolwiek sposób zbudzić lokatorów. Powoli przemierzyły pogrążony w mroku korytarz (na tym piętrze okna były szczelnie zabite deskami, by ktoś nieproszony nie zaglądał do wewnątrz – a okna były spore), widząc cokolwiek tylko dzięki wypalającym się żarówkom, które mrugały co kilka sekund, wydając odgłos jak z horroru.

- Ciiiicho! – syknęła Mała do Rozalii, gdy tamta pisnęła, kopnąwszy zgniecioną puszkę. – Nie wolno ci nikogo obudzić, głupia…

Resztę jej słów zagłuszyło nagłe, potężne chrapnięcie, które dobiegło spod ściany kilka metrów z przodu. Rozalka zdusiła kolejny pisk, zakryła sobie jedną rączką buzię, a drugą złapała Małą za dłoń, którą natychmiast wyrwała.

- Co t-to? – zaszeptała dziewczynka, gdy chrapiący brał oddech przed kolejnym chrapnięciem. Wyciągnęła rączkę w kierunku odgłosu, co było mało widoczne w panujących tam ciemnościach.

- Cicho bądź! Myślałby kto, że można posikać się na widok śpiącego człowieka – zakpiła dziewczyna, zidentyfikowawszy uprzednio źródło dźwięku. Przy  uchylonych drzwiach do piwnicy spał na plastikowym krześle jeden z ludzi z brygady Haliny. Podwójny podbródek i gęste, czarne włosy. „Pan Hubert?” – mruknęła pod nosem Mała. Do wyglądu Pana Huberta po prostu pasowało słowo „pan”, toteż wszystkie dzieci go tak nazywały, pomimo że do innych dorosłych, nie będących lokatorami, mówili po imieniu (tylko Rozalia mówiła per pan/pani do wszystkich dorosłych). Był głośny i strzelał typowymi, belferskimi tekstami, typu „Tam jest śmietnik”, kiedy ktoś żuł gumę podczas rozmowy z nim. Pomimo tego, był najmilszym mężczyzną z działaczy Bazy.

- Budzimy go? – spytała drżącym głosikiem Rozalka, zbliżając się na paluszkach do jego krzesła.

- Nie słuchałaś mnie? – odszepnęła gniewnie Mała. – Powiedziałam „Nie wolno ci nikogo obudzić”! Idziemy do Pauliny, zapomniałaś?

- Wiem, ale… On ma latarkę.

- Och, weź się w garść, zejdziemy po schodach, a tam na pewno będzie światło…

W innych okolicznościach Mała byłaby podenerwowana, ale kiedy obok stała zlękniona Rozalka, miała motywację, by nie zniżać się do poziomu pięcioletniego dziecka, by nie tchórzyć tak jak ona.

Zeszły do piwnicy. Miały możliwość iść w lewo lub w prawo – i tam, i tam paliło się w oddali światło. Ruszyły w lewo, bo w tamtą stronę szło się do „gabinetu” Ares. Już z odległości trzech metrów usłyszały głos Pauliny, która mówiła coś spokojnie. Podeszły bliżej, akurat w momencie, gdy rozmówczyni starszej prychnęła i odpowiedziała:

- Jasne, a wy będziecie tutaj grzecznie siedziały i grały w karty. Nie ma mowy.

Mała chciała jeszcze trochę podsłuchać, ale Rozalia natychmiast weszła do pomieszczenia, więc ona zrobiła to samo. Ares siedziała na kanapie, opierając łokcie na kolanach, a Paulina zajmowała miejsce na worku z ziemniakami przed nią. Obie odwróciły się, gdy Mała i Rozalia weszły.

- O, dzień dobry, wyspałaś się? – zapytała od razu Paulina Rozę, sadzając ją sobie bokiem na kolanach. Małej ruchem głowy wskazała pobliski worek ziemniaków.

- Tak, a ty?

- Ja też, wiesz? – skłamała starsza. Widać po niej było – oczywiście, gdy w pobliżu nie kręciła się Rozalka – że jest niedospana.

- O czym rozmawiałaś z panią Ares? – zapytała Rozalia, obejmując rączką szyję Pauliny i zwracając główkę w stronę Ares.

- Och, o zakupach – odrzekła szybko Paulina. – Pani Ares z panią Haliną jadą dzisiaj do sklepu.

- My też jedziemy?

- Nie, my zostajemy tutaj.

Mała zerknęła na Ares – przysłuchiwała się tej wymianie zdań ze zniecierpliwieniem. W końcu wstała, obrzuciła Małą przelotnym spojrzeniem i złapała Rozalkę za rączkę, co tamta przyjęła ze zdziwieniem. Kiedy ją pociągnęła, tamta posłusznie zeszła z kolan starszej, a wtedy Ares kucnęła przy niej i z niechęcią zapytała:

- Głodna jesteś? Myślę, że Halina ma jakieś kakao.

- I pani mi zrobi? – spytała niepotrzebnie dziewczynka.

- Taaa. A one tu sobie porozmawiają.

Kiedy wyszły, Mała natychmiast zapytała o prawdziwy temat rozmowy. Okazało się, że naprawdę jadą na zakupy.

- Serio. Ale chcieli nas zabrać ze sobą, bo Ares chyba podejrzewa, że wiemy o mamie Rozy. I że mamy zamiar tam iść. Ale spoko, zostaniemy.

- Co jej się stało? – spytała Mała, kiwając głową w kierunku drzwi, mając na myśli Ares. – Dlaczego wzięła na siebie Rozalię?

- Może myślała, że jak ci powiem, że idą na zakupy, to będziesz chciała iść – wzruszyła ramionami. – Albo po prostu wymyśliła zręczne zakończenie rozmowy, bo dyskusja ze mną się ciągnęła od wczoraj. Nie chciała nas zostawić, ale cóż, ja się z nimi nigdzie nie wybieram.

- Ale skoro my zostajemy, to Rozalia też – zauważyła Mała. – Co z nią?

- No… Musimy ją zabrać. Nie patrz tak na mnie! Inaczej nas nie wypuszczą! Powiemy, że idziemy oglądać łabędzie na stawie koło lasu, wiesz, tam przy końcu miasta. O! – przypomniało jej się nagle. – Znalazłaś ten adres?

Mała potwierdziła, a wtedy Paulina się rozpromieniła. Powiedziała, że to świetnie, uśmiechnięta od ucha do ucha. Trochę bogatszej reakcji spodziewała się Mała…

- O, i wiesz, jednak idziemy we czworo.

Mała zastygła. Nie, nie, nie!, pomyślała. Tylko nie Zygfryd! Ale Paulina już dokańczała wypowiedź.

- Zygfryd idzie z nami.

To tyle, dziękuję:)