Miesięczne archiwum: Lipiec 2014

Monika – córka rzeźnika 1

Witam wszystkich i na wstępie dzielę się moimi obserwacjami, otóż: jak sobie człowiek postawi termin, to i łatwiej mu się pracuje, bo mu się to nie rozłazi, nie ma wymówek typu „Ach, zrobię to jutro, bo tak”. Postawiłam sobie termin do piątku? No i proszę.

Tytuł mojego nowego opowiadania (HA! Wreszcie ma ono odpowiedni tytuł!) jest wielce kreatywny. Wahałam się jeszcze nad „… córką ratownika”, ale fabuła byłaby dużo mniej obiecująca. W trakcie czytania można się zdenerwować różnymi partykułami wzmacniającymi, które same mi się usilnie pchają do tekstu. Tak czy inaczej, już na wstępie znamy imiona wszystkich bohaterów (Hurra!), ich wygląd (szaleję), a dalszego ciągu wydarzeń nawet ja jeszcze nie znam. Tak świetnie zaopatrzeni możecie czytać.

   Lato w Biedronowie można poznać głównie po masowej okupacji ławek przez ludzi. Szczelnie zajęte były te przy fontannie, jak i te w cieniu parkowych drzew. Po tym, jak Hieronim został – delikatnie mówiąc – wyproszony z domu, gdyż według rodziców bez przerwy przesiadywał przed komputerem, musiał posnuć się trochę po dworze, przynajmniej do obiadu.
   Ruszył spod stwarzającego miły chłód kasztanowca w siódmą już rundę wokół parku, rozmyślając o tym, jak bardzo mylą się jego rodzice, a mylili się za każdym razem, gdy twierdzili, że siedzi przed komputerem non stop. Gdyby siedział non stop, musiałby chyba załatwiać się pod siebie i zajadać wirtualne grzybki, z czego tego drugiego oczywiście nie robił (a byłoby prościej! Nie musiałby tracić czasu na spacer do lodówki) z prostej przyczyny nienamacalności owego pokarmu. Jako obyty gracz utrzymywał, że gdyby nawet taki grzybek wyrósł mu nagle z ekranu, nie zjadłby go, gdyż spowodowałoby to jego natychmiastową śmierć, a – jak powszechnie wiadomo – w prawdziwym świecie ma się tylko jedno życie.
   Prawdę mówiąc, mógłby żyć w czymś na kształt gry komputerowej, bo ta jednożyciowość to totalna bzdura. Na przykładzie młodszego braciszka można to genialnie wytłumaczyć. Otóż kiedy Stefan, ten określany mianem słodkiego głównie przez tych, którzy nie są jego bratem i nie dzielą z nim pokoju, jest niezwykle irytujący, można mu odebrać jedno z żyć, tak ku przestrodze. I tylko tyle warto by wziąć z gry. Żadnego wściekłego nosorożca czy innego cyfrowego przeciwnika spotkać nie chciałby osobiście i na własnej skórze poczuć jego rogów i pazurów.
   - Coś ci upadło.
  Odwrócił się i stanął oko w oko, a raczej – oko w czoło z posiadaczką kasztanowych włosów, dzierżącą jego portfel. Patrzyła na niego intensywnie zielonymi oczami, kiedy wyciągnął rękę po swoją własność, a wtedy cofnęła swoją. Te baby! A tej o co chodzi? Naprawdę, od przedstawicielek płci przeciwnej wolałby już wspomnianego wcześniej nosorożca. Powiedział do nieznajomej, że ma mu oddać portfel. Zwierzę zapewne posłuchałoby od razu, a nie jak ta dziwna dziewczyna, która odsunęła swoją zdobycz poza zasięg jego rąk i zapytała ze stoickim spokojem:
   - A jak nie? To co zrobisz?
  – Sam sobie wezmę – oświadczył odkrywczym tonem Hieronim i skoczył do przodu, sięgając po swoją własność. Wtedy nieznajoma szarpnęła wolną ręką, a on spojrzał w dół.
   W jego brzuchu aż po rączkę tkwił nóż do mięsa.

II

   Obudził się gwałtownie, przez co o mało nie zleciał z krzesła. Zresztą, z krzesła spadł chwilę później, spojrzawszy przed siebie. Na ekranie komputera migał przerażający napis GAME OVER, ociekający czymś czerwonym, w zamyśle twórców gry na pewno mającym przypominać krew. Na literach stała uśmiechająca się upiornie długowłosa dziewczyna o megazielonych oczach, trzymająca w ręku wycelowany w niego nóż.
  Niewiele myśląc, chłopak wdusił palcem od nogi przycisk wyłączający komputer i odetchnął spokojnie, a nie jak dotychczas, nerwowo i szybko. Co to miało być?! Nieważne, grunt, że we śnie. A właśnie, jak to we śnie?! Nie pamiętał, by zasypiał. Hm, jedenasta. Przed chwilą była szesnasta. Czyli spał.
   Rozejrzał się po pokoju, zawalonym paczkami po chipsach. Stało tu kilka krzeseł i taboretów, jakieś papiery walały się tu i ówdzie, i o ile na cały ten bałagan Hieronim nie zwrócił uwagi, o tyle zirytował się na widok opróżnionej miski po płatkach, stojącej na jednym ze stołków. To dziecko nigdy się nie nauczy! Jak można, jak można być tak niereformowalnym dzieciuchem? Ile razy trzeba powtarzać temu smarkaczowi, by nie jadł w pokoju albo przynajmniej wynosił po sobie naczynia? Ogarnął jeszcze raz spojrzeniem pokój. Dlaczego właściwie panuje tu taki bajzel? Czyżby jedno małe dziecko mogło spożyć na raz jakieś siedem paczek chipsów i miskę płatków? No, innego wyjaśnienia nie widać.
   Naraz pacnął się otwartą dłonią w czoło. No tak! Miał przecież urodziny. Po imprezie usiadł do gry i pewnie odleciał w trakcie rozgrywki. Ale… musieli zrobić taki rozgardiasz? I on to teraz będzie sprzątał?
  W poczuciu beznadziejności podrapał się po brzuchu i momentalnie zastygł, sparaliżowany strachem. Pełen najgorszych przeczuć, gotowy krzyknąć lub zemdleć, uniósł umazaną czymś rękę do oczu. Wielka była jego ulga, gdy zamiast krwi ujrzał biały krem ze swojego tortu urodzinowego. Mało brakowało, a roześmiałby się w głos. Taki był rozbawiony własnym tchórzostwem i bujną wyobraźnią, że kiedy zadźwięczał dzwonek z własnej inicjatywy poszedł otwierać.
    Gdy tylko otworzył drzwi, uśmiech momentalnie zniknął mu z twarzy. Oto znalazł się oko w oko z jakąś obcą dziewczyną i po raz drugi od niedawna oko w czoło z zabójczynią z gry.

III

    Na kuchennym stole stała torba w zielone łaty z doczepioną do niej krzywo wyciętą karteczką, zapełnioną niemożliwymi do rozczytania bazgrołami. Przed torbą leżała kolejna kartka, na której widniało obwieszczenie, napisane rozwlekłym pismem taty:

Moniko!

Frankowi zapalił się wyrostek, jedziemy do szpitala. Nie wiem, kiedy wrócimy. To (w tym miejscu widniała strzałka, prowadząca do krawędzi kartki, wskazująca torbę z prezentem) jest dla Hieronima Borowicza (ul. Reja 9/21). Zanieś. Jedzenie w lodówce. Tata.

   - Wredna, niewdzięczna siostra – skarciła się, chichocząc, gdy po przeczytaniu pierwszego zdania parsknęła mlekiem na kuchenny stół, zamiast współczuć bratu. A, jasne, że nie wiedzą kiedy wrócą. Franek jest ohydnym histerykiem i maminsynkiem, nocy bez mamusi nie wytrzyma. Będą tam siedzieć oboje – tata i mama. Nawet im do głowy nie przyszło, że mogą się zmieniać. Będą się tam gnietli razem, a potem żalić, że ich plecy bolą. A, oczywiście, że nie pytają, nie proszą, czy by nie poszła dostarczyć nieznajomemu chłopcu prezentu, tylko każą. „Zanieś”. Aż dziwne, że bez wykrzyknika. Przy ostatnim zdaniu dziewczyna z politowaniem pokiwała głową. „Jedzenie w lodówce”. No, nie domyśliłaby się. Jest pewne, że tata mocno skracał wypowiedź mamy, której nie dopuścił do długopisu z prostej przyczyny: jej zalecenia, zakazy i rozbudowane zdania (nawyk mający na celu dawanie przykładu dzieciom w wieku, w którym trzeba na różne pisemne sposoby wyrażać własne zdanie, dodatkowo wzmagający się w chwili stresu) zajęłyby dużo więcej miejsca, niż wystarczyłoby.
   Leniwie dopiła mleko, ubrała się i wzięła prezent wraz z liścikiem od taty, by przypadkiem nie pomylić adresu, po czym wyszła z mieszkania, zamykając za sobą drzwi. Na zewnątrz lato rządziło się już miastem. Wszyscy przechodnie mieli na sobie krótkie spodenki, koszulki bez rękawów, czapki z daszkiem oraz plaskające o chodnik klapki czy sandały. Każdy samochód miał pootwierane szyby, przez które wywieszały jęzory psy, i tak dostatecznie gotujące się w swoich sierściach.          Monika już czuła pot spływający jej po nosie. Całe szczęście, że do ulicy Reja nie pozostało zbyt daleko, ale dziewczyna miała świadomość, że nawet w tak krótki dystans taka temperatura spowoduje, że wpadnie do kolegi spocona jak mysz.
   Na jej szczęście skupisko bloków przy wzmiankowanej ulicy ukryte było w cieniu. Monika weszła w ten chłodny prostokąt złożony z przylegających do siebie bloków z takiej strony, że po prawej, odcinając to miejsce od parku, i za jej plecami, odgradzając chodnik od głównej jezdni, rosły drzewa, dające cień. Różnica temperatur była tak przyjemna, że dziewczyna aż przysiadła na barierce placu zabaw, znajdującego się na środku kwadratu.
   Przed nią stał blok numer 9 – zwykły, prozaiczny budynek o barwie wody od ogórków, a przed nim zaopatrzone w sporą walizkę szczupłe dziewczę. Miało ono włosy w kolorze szarawego blondu, zebrane w niestaranny kok oraz okulary przeciwsłoneczne. Kiedy zwróciła się w jej stronę, Monika spuściła wzrok. Niech sobie nie myśli, że w jakiś sposób ciekawi ją to, że stoi bez ruchu i wpatruje się w okna bloku. Nie należy się komuś wpychać do życia, bo nie każdy może tego chcieć. Monika by nie chciała. Na pewno poradziłaby sobie sama, bez zbędnej gadaniny i wyjawiania przed kimś swoich celów.
   - Cześć – usłyszała na sekundę przed tym, gdy w jej polu widzenia pojawiły się fioletowe trampki z bezlitośnie posupłanymi sznurówkami. Podniosła wzrok i spojrzała prosto w zęby nieznajomej, odsłonięte w sympatycznym uśmiechu. Prosty nos pozbył się już okularów, które dotychczas zasłaniały bursztynowe oczy.
  – Cześć – odpowiedziała. Świetnie. Nieporadna się trafiła. A może tylko przyjacielska? Wyglądała sympatycznie z tymi swoimi okrągłymi policzkami, pokropkowanymi przez trądzik.
    – Wiesz może, gdzie mieszkają Borowicze? – spytała, spoglądając znowu na blok.
   Monika skinęła głową, bo oto nadarzyła się okazja, by nie wejść samej do obcych ludzi. Jakby się nad tą sytuacją zastanowić, to gdyby nie znała tego nazwiska, wybuchnęłaby śmiechem, tak śmiesznie się to odmienia. Już bez zbędnego ociągania się weszły razem do klatki, w której było jeszcze chłodniej niż w cieniu. Nieznajoma poczęła taszczyć swoją zapewne ciężką własność w górę schodów, puszczając Monikę przodem. Tak dobrze radziła sobie z tą walizką, że dziewczyna nie miała serca jej przeszkadzać. Po dwóch kondygnacjach stwierdziła, że powinna się czegoś dowiedzieć o swojej towarzyszce i przerwać ciszę przerywaną stukaniem połamanych kółek walizki o schody.
   - Też idziesz do Hieronima na urodziny?
   - Na urodziny? – zdziwiła się, przystając – On ma dziś urodziny? Cóż, fajnie wiedzieć.
   - To po co idziesz?
  – Przyjechałam do wujka na wakacje. A do wczoraj nie wiedziałam nawet, że on ma syna. – wyjaśniła, pnąc się niezmordowanie po stopniach. – A podobno jest w moim wieku.
   Co odpowiedzieć na takie wyznanie? Ewidentnie chodziło tu o jakąś kłótnię dorosłych i może nie należy się dopytywać. Zresztą, pewnie była to długa historia, a one właśnie stanęły pod mieszkaniem z numerem 21.
   - Co, to tu? – zapytała właścicielka walizki, a gdy Monika skinęła głową, z ulgą odstawiła swoje obciążenie. – No, to wchodzimy? – i wdusiła dzwonek.
   Po krótkiej chwili drzwi otworzyły się, ukazując okrągłego blondyna w umazanej czymś białym bluzce. Chłopak miał na swym pucułowatym obliczu odciśnięte nożyczki i wyraz bezbrzeżnego zdziwienia, a w oczach coś na kształt strachu pomieszanego z respektem. Patrzył tymi swoimi piwnymi ślepiami na Monikę i ani myślał odwracać wzroku.
   - Cześć – odezwała się pierwsza nieznajoma, czym zasłużyła sobie na roztargnione spojrzenie od Hieronima – Możemy wejść?
  – Wy do mnie? – upewnił się, a gdy potwierdziły, zreflektował się, zakrył dłonią plamę na koszulce i odsunął się z przejścia.
   W tym momencie Monika uznała, że wykonała swoje zadanie i powinna już sobie pójść. To byłoby dobra wieść dla Hieronima, ponieważ widocznie w obecności dziewczyn nie czuł się swobodnie.
   - Wszystkiego najlepszego – powiedziała, wyciągając w kierunku chłopaka torbę z prezentem – To od Franka, rozchorował się. Pójdę już, cześć.
   I z poczuciem dobrze wykonanego zadania odwróciła się i zaczęła schodzić po schodach. Kiedy była już na wysokości pierwszego piętra, dobiegł ją kobiecy głos, odbijający się echem od ścian.
   - Monisiu! Chodź no do mnie, kochana!
   Nie było wątpliwości, że chodziło o nią, a żeby nie wyjść na źle wychowaną, wróciła posłusznie na górę, gdzie z mieszkania Borowiczów wychylała się czarnowłosa kobieta w przewiewnej granatowej sukience do kostek. Wyciągnęła ona w kierunku dziewczyny rękę w zachęcającym geście.
   - Dzwoniła twoja mama i uprzedzała, że wpadniesz – rzekła z uśmiechem, od którego robiło jej się mnóstwo zmarszczek wokół ust. – Ale to by było jednak swego rodzaju stratą czasu, gdybyś przeszła taki kawał drogi, a potem od razu wracała, prawda? No, jak nie prawda, jak prawda! – zaśmiała się, gdy Monika grzecznie zaprzeczyła, mamrocząc, że ona lubi spacerować. Pani Borowicz zamknęła za nią drzwi i zrobiła chwiejny krok nad kucającą w przejściu nieznajomą, która siłowała się ze swoimi sznurówkami. Przeszła żwawo przez całkiem długi przedpokój i zniknęła w pomieszczeniu naprzeciwko.
   Monika zdjęła oba buty, gdy druga dziewczyna dopiero uporała się z jednym. Czekając na nią, miała czas na rozejrzenie się po przedpokoju, który był tylko na tyle szeroki, by z pewnym trudem przeszły obok siebie dwie osoby. Na ścianie po lewej, tuż obok pustego w lato wieszaka, wisiało duże lustro, szerokością dorównujące znajdującej się pod nim szufladzie na buty. Z drugim trampkiem dziewczynie od walizki poszło znacznie szybciej i mogły wreszcie wejść w głąb mieszkania.
   Pierwsze drzwi po lewej miały szybę i były szczelnie zamknięte i oklejone od wewnątrz różnej wielkości kartkami papieru o niezidentyfikowanej treści. Pokój po prawej natomiast w ogóle nie posiadał drzwi. Był duży, zaopatrzony w kanapę, fotele, nieduży stolik, szafę, regały i półki oraz ładny, niegdyś zapewne puszysty, dywan w kilku odcieniach brązu, pasujący idealnie do beżowych ścian, których kolor dało się stwierdzić jedynie nad kanapą, gdzie nie stała żadna sięgająca sufitu szafa czy inny regał. Po tej samej stronie było jeszcze jedno pomieszczenie, z drzwiami ozdobionymi przedstawiającą siusiającego aniołka metalową plakietką. Pod jedną klamką, umiejscowionej na normalnej wysokości, była jeszcze jedna, ale dużo niżej. Naprzeciwko tych drzwi były kolejne, uchylone z kartonem zamiast szyby. Nie myśląc wiele, weszły do kuchni, która mieściła się naprzeciwko drzwi wejściowych.
   - Jak te chłopaczyska wszystkiego nie zjadły, to może znajdzie się jeszcze trochę tortu – rzuciła od zlewu mama Hieronima. Schylała się w kierunku szafki pod nim, gdzie znajdował się śmietnik, by wyrzucić papierowy talerz ubabrany czekoladą, spod której bohatersko wyglądał Spider-Man. – Jak macie ochotę, to mówcie. Nie liczcie tylko, że Hieronim wam zaproponuje, bo to dzikus, z dziewczynami trudno mu się rozmawia. – puściła do nich oko i podeszła do dużego stołu, zawalonego pudełkami po pizzy, by pozbierać je na kupkę i ustawić obok śmietnika. – Idźcie może do pokoju Hieronima, co tak będziecie stać. Nie przestraszcie się tylko, bo panuje tam lekki chaos.
   Na te słowa do kuchni wkroczył wzmiankowany właściciel pokoju, już przebrany w czystą bluzkę i dzierżący w jednej garści paczkę po chipsach, a w drugiej pustą miskę. Spojrzał na dziewczyny, struchlał nieco, aczkolwiek gdy mama na niego popatrzyła, na powrót się wyprostował i wręczył jej naczynie, w tym samym momencie wrzucając śmieci do kubła.
  – Zabierz, synku, koleżanki do pokoju, co? – zasugerowała pani Borowicz, gdy chłopak chciał wyjść z kuchni.
   - Jasne – odpowiedział krótko, uśmiechając się do mamy – Pogramy sobie w planszówkę.
  Kiedy znaleźli się w jego pokoju, stało się jasne, że sobie nie pograją. Dużo ciekawszy od jakiejkolwiek planszówki był bowiem wystrój pomieszczenia. Stykające się jednym dłuższym bokiem ze ścianą, a drugim ze sobą nawzajem piętrowe łóżka, nadawały temu miejscu wyraz kreatywnie zaprojektowanego. Po obu stronach wejścia było akurat tyle miejsca, by wchodzący po drabinie nie obcierał plecami ściany. Pod łóżkami stały obok siebie trzy szafy, zasłaniające swoje wnętrza metodą dwóch przesuwanych drzwi. Pod oknem, przedzielone przez rury łóżek, były dwa biurka, z czego na jednym z nich stał monitor od komputera, a na drugim pudełka z kredkami i flamastrami oraz kupka papieru ksero. Przy przeciwległej do szaf ścianie stał regał wypełniony po brzegi książkami i opakowaniami z grami komputerowymi czy bajkami na płytach. Pod regał zostało podsunięte około dziesięć taboretów, a na nich leżała brudna koszulka Hieronima.
   - Chcecie usiąść? – spytał na wstępie, na co otrzymał odpowiedź twierdzącą. Ustawił więc dwa taborety nieco bliżej środka pokoju, a sam usiadł na krześle przy biurku. – Naprawdę przyszłyście do mnie? – spytał głupio, a gdy znów odpowiedziały „tak”, dodał – Ale ja was całkiem nie znam…
   - Monika – powiedziała wobec tego Monika.
   - Anita – rzekła w tym samym momencie nieznajoma. – Teraz już znasz. Z imienia.
   - Ja jestem siostrą Franka, jak już słyszałeś – dodała Monika – Albo nie słyszałeś, ale mówiłam.
   - Aha… – trawił informacje chłopak, po czym popatrzył na Anitę – Też jesteś czyjąś siostrą?
   - Tak. Twoją.

No, to tyle w kwestii pierwszego rozdziału. Primo (standardowo):

Secudno – coś innego, co wytłumaczę:

To jest grafika koncepcyjna z gry The Last of Us, natomiast Chloe Frazer to przyjaciółka Nathana Drake’a z gry Uncharted.  To zdjęcie jest zapewne kolejnym chwytem dla spostrzegawczych, tak jak gazeta, leżąca w pewnym rozdziale na schodach. Napis na okładce tej gazety głosił: „UNCHARTED 13: Justin Bieber jako Drake”. No i… przepraszam w tej chwili wszystkich fanów Biebera, ale ja bym takiej gry nie kupiła. To by była masakra. Po prostu NIE. 

Z drugiej strony, gazety przestali w tej grze drukować wraz z wybuchem zarazy, tj. w 2013, a w tym roku były zaledwie 3 części. Szczerze wątpię, by w dobie uciekania przed zarażonymi i łowcami ktokolwiek miał głowę do pisania gazet. Przecież w sklepach (to akurat można było łatwo zauważyć) leżały PS3, produkcja ustała, nikomu nie były potrzebne. Ta gazeta była tylko takim przedmiotem, z którego można się śmiać, bo w ND wiedzą, co robią i (znowu przepraszam Beliebers) takiego aktora by nie zatrudnili, nie są samobójcami.

Oraz tertio: Znawcy Jeżycjady są proszeni o wyprowadzenie mnie z błędu – zawsze widzę Gabrysię jako Otylię Jędrzejczak. Obie wysokie, blondwłose itd. Dobrze widzę?

Mam nadzieję, że wakacje mijają przyjemnie:) Do napisania!

(dodałam akapity, które nieco się rozjechały, przepraszam, nic na to nie poradzę)