Miesięczne archiwum: Maj 2014

Bezsensowne opowiadanie 8

Dzieńdoberek:) Obiecałam sobie, że wstawię? Wstawiłam.

Ten rozdział jest beznadziejny, ale chcę się posunąć naprzód. Tak naprawdę, to wszystko od 10 akapitu od dołu nie podoba mi się. W każdym razie miłych katuszy przy mojej twórczości.

 

Wśród ciszy uśpionej Bazy dawało się wiele usłyszeć. Przechadzająca się w tę i we w tę watra nocna, czyli- jak można było sądzić po szepcących głosach- Halina i jakiś mężczyzna, stąpali wolno, a sznurówki ich niezasznurowanych butów odbijały się od podłogi z ledwo wychwytywalnymi stuknięciami. Co chwilę któreś z dorosłych chrząkało albo kasłało, a mimo zamkniętych szczelnie drzwi pokoju Pauliny, smród dymu papierosowego wdzierał się do środka. Piętro wyżej było słychać bardzo wyraźne, twarde i sprężyste odgłosy, które następowały w takiej odległości od siebie, jakby ktoś skakał na skakance. Zza ściany dzielącej pokój Pauliny i Zygfryda dochodził szum wody. Nie upłynęło dużo czasu, gdy biorący prysznic zakręcił kran i wyszedł z łazienki, pstrykając włącznikiem światła i delikatnie zamykając drzwi. Kiedy odgłosy w pokoju wyżej także umilkły, a warta odeszła na drugi koniec korytarza, nastała przyjemna cisza, którą zakłócał tylko miarowy oddech śpiącej Rozalii.

Mała przysłuchiwała jej się z irytacją. Spokój dzieciaka ją denerwował. Przez ostatni tydzień słyszała tylko konspiracyjne uwagi, udzielane jej po każdej rozmowie na temat sytuacji na zewnątrz – „Tylko ani słowa Rozalii”, „Nie mów nic Rozuni, to zbyt przytłaczające dla pięcioletniej dziewczynki”. A dla niej niby nie było to przytłaczające?! Jakiś tyran wtargnął do jj ojczyzny, zagrabił część ziem, wywiózł większość mieszkańców do swojego kraju, wpuścił do opustoszałego państwa swoich ludzi, by pomordowali niedobitków i co? Ona ma z tym żyć, a smarkula, obdarzana życzliwościami i uśmiechami, ma egzystować w słodkiej nieświadomości?!

Tej małej kretynce nawet do głowy nie przyszło, by chociaż zapytać o swoją mamę lub siostrę. To Paulina w tajemnicy przed nią sprawdziła mieszkańców Bazy, żeby wreszcie oznajmić, że rodziny Rozalii nie ma wśród nich. Mała dodała wtedy zaczepnym tonem, że ich w ogóle wśród żywych może nie być, za co Paulina określiła ją niezbyt miłymi epitetami. Obrończyni uciśnionych…

Warta znów przeszła pod drzwiami, nowa chmura smrodu wleciała do środka. Rozalia zakaszlała przez sen na materacu pod oknem i zmieniła pozycję tak, że kołdra zsunęła jej się z pleców i nóg, spadając na podłogę. W pierwszym odruchu Mała chciała wstać do dziewczynki i przykryć ją, zaraz jednak stłamsiła w sobie wszystkie ciepłe uczucia do Rozalii i stanowczym ruchem przekręciła się na drugi bok, by zamiast Rozy widzieć drzwi.

Kanapa cicho skrzypnęła, a ona westchnęła, patrząc na wolną połowę łóżka. Gdzie Paulina? Podejrzewała, że skoro od kilku godzin gada ona z Ares, to tamta wreszcie zauważyła, że jest zraniona. I tak udało jej się długo to ukrywać. Ale żeby tyle czasu rozmawiać o postrzeleniu? To się w głowie nie mieści!

Głosy na korytarzu przestały właśnie rozmawiać szeptem. Do Haliny i jej kolegi dołączyła jeszcze jedna osoba. Wymieniwszy kilka zdań (Halina mówiła coś ciepłym głosem, za to ten nowy osobnik widocznie nie miał humoru), warta  poszła w głąb korytarza, a ktoś począł iść w stronę pokoju Pauliny.  Po chwili szczęknęła naciskana klamka, jęknęły uchylone drzwi, a do pomieszczenia wsunął się cień, oświetlony od tyłu przez światło księżyca, prześwitujące pomiędzy deskami w oknach.

Paulina (to bez dwóch zdań była ona) zamknęła cicho drzwi i rozejrzała się, a lampy uliczne oświetliły jej twarz, gdy zwróciła ją w kierunku okna. 

Była wściekła. Autentycznie wściekła. Jej brwi były ściągnięte nawet bardziej niż kiedy Mała przezywała Rozalię. Oczy iskrzyły jej się, doskonale pasowało tu określenie, że miotają błyskawice. Jeszcze raz rozejrzała się po pokoju i tym razem zatrzymała wzrok na rozkopanej Rozalce. Momentalnie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wyraz jej twarzy się zmienił. Uśmiechnęła się i usiadłszy na materacu obok dziewczynki otuliła ją delikatnie kołdrą, po czym pogłaskała lekko po buzi.

Mała poczuła nieprzyjemny ucisk w okolicy serca.  Za co ona tak lubi tego potwora?! Jak można w ogóle lubić takie naprzykrzające się, strojące „urocze” minki bachory?? Na KAŻDEJ rozmowie ich pierwszego tygodnia w Bazie, dziecko było otaczane opiekuńczymi ramionami, przesiadywało sobie na przyjacielskich kolanach i dostawało słodkie podarunki. Gdy smarkata wychodziła, najczęściej uśmiechy się kończyły. Dorośli wracali do obgadywania sytuacji, która swoją drogą nie przedstawiała się zbyt kolorowo, a Ares wydzierała się tak, jakby po prostu musiała. Można było sądzić, że to było tak samo konieczne, jak nabranie powietrza po długim go wstrzymywaniu. (Z jednej strony Mała bała się jej wybuchów, bo wrzeszczała na prawie każdego – dodatkowo Paulina zawsze wstawiała się za tą „ofiarą” i pyskowała do kobiety, co ją jeszcze bardziej nakręcało – ale sądziła, że to wina Rozalii, więc Ares zyskała jej sympatię.) 

Niewiele myśląc wstała i podeszła do Pauliny ze słowami:

- Dlaczego tak długo cię nie było, co? Musiałam przez pół godziny słuchać bajeczek na dobranoc, bo dziecko bało się zasnąć.

Dziewczyna podniosła na nią oczy i uśmiechnęła się nieznacznie. Zaraz potem wzruszyła ramionami i odpowiedziała pogardliwie, z drwiącym uśmieszkiem:

- Naszej najmądrzejszej we wszechświecie pani przewodniczącej lekko odwaliło i zaczęła się na mnie drzeć. Aż dziwne, że nie słyszałaś. – Małą zdziwiły te słowa. Starsza mówiła je takim nienawistnym tonem, że aż dreszcz ją przeszedł. – Ta, za przeproszeniem, idiotka uważa, że jestem odpowiedzialna za to, że jej znajomych porwali Adwersarze. – uderzyła się pięściami w uda i popatrzyła znowu na Małą, jakby szukając u niej zrozumienia – Kompletna kretynka, nie uważasz?

Tamta już miała odpowiedzieć, ale Rozalka odetchnęła głośniej przez sen. Paulina natychmiast złagodniała i pogłaskała ją po ramieniu. W Małej zrodził się bunt. Kiedy starsza znów na nią popatrzyła, ujrzała idealną obojętność i wzruszenie ramion. Prychnęła, ale jej oczy widocznie zalśniły. Mała zaczynała działać jej na nerwy. To, że była o nią zazdrosna, trochę jej pochlebiało, bo znały się dość krótko, ale widocznie Mała ją polubiła. Może wreszcie ta zakompleksiona dziewczyna wygada, o co jej chodzi i przestanie obwiniać o wszystko Rozunię. Nim zdążyła zadać odpowiednie pytanie, tamta zapytała, nie patrząc na nią:

- Ty się nie boisz, prawda? Adwersarzy, wojny, pistoletów… – sama nie wiedziała, po co to mówi. W jednej chwili wydało jej się to konieczne do wyznania, a już w następnej, gdy wypowiadała te słowa, stwierdziła, że jest żałosna. – Jesteś odważna i… i w ogóle. I w ogóle, to jesteś idiotką!

Paulina patrzyła na nią z litością. Biedne dziecko. Niby niczym niewzruszone, a zlęknione. Przypomniała sobie jej minę, kiedy rozmawiali z bazowiczami. Była przerażona. Dorośli przeklinali tych, którzy uciekli lub dobrowolnie oddali się w ręce Adwersarzy. Potrafili już wymienić po kolei tych ludzi: sklepikarze zwiali pierwsi, zostawiając sklepy w rękach policji, która zabezpieczała je, by nie dokonano grabieży towarów. Niedługo potem poddali się lekarze, chociaż to oni byli najbardziej potrzebni w dobie strzelanin i terroru. Urzędnicy stchórzyli dopiero po nich, cały Zarząd Miejski ewakuował się za granicę, bo czym by mieli zarządzać? Garstką pozostałych i uchodźców z innych miast, szukających schronienia u nich? Urząd Skarbowy i Sąd zrobiły to samo. Policja została najdłużej. Zabezpieczyła większość sklepów i domów i wyniosła się. Większe, zorganizowane grupki altruistów utworzyły takie „przytułki”, jak Baza. Karmili tam ocaleńców, dawali im schronienie. Oczywiście, Mała ma prawo się bać, ale nie może, po prostu nie może, wyżywać się na młodszej dziewczynce!

„Ona zaraz się rozpłacze…” – pomyślała Paulina, patrząc na stojącą nieruchomo dziewczynę. Uśmiechnęła się do niej najszerzej, jak tylko mogła. Wstała, wyciągnęła do niej rękę i złapała ją za dłoń, mówiąc:

- Ty też jesteś idiotką. Wcale nie jestem odważna, bo trzymam się z takimi, którzy siedzą i nie dają się złapać Adwersarzom. Byłabym odważna, gdybym poszła i spróbowała coś zmienić, a nie siedziała i słuchała gderania Ares.

- Gdzie ty chcesz coś zmieniać? Na wojnie? – prychnęła dziewczyna, mrugając gwałtownie.

- Tak, a dlaczego nie? Równie dobrze mogę podzielić los tych leżących na ulicy, ale mogę też wygrać. Z dużą… wielką pomocą tych wszystkich ludzi. Jak nam się nie uda, tyran będzie się cieszył, a jak zwyciężymy, to… Wygramy życie. Jak myślisz, mali powstańcy czekali, aż się uspokoi?

- No nie, oni chyba latali po mieście i pomagali. Ale ja powstańcem nie jestem – stwierdziła Mała – Żeś mi z historią wyjechała… Do czego zmierzasz? Mam ci nie kadzić? Wyglądasz na strasznie opanowaną, z uśmiechem zagadujesz do wszystkich, a przecież… – zacięła się, ale starsza uścisnęła jej pokrzepiająco dłoń – No, jesteś sama, tak? Nie ma tu twoich rodziców?…

Dziewczyna pokręciła głową. Chciała dodać „twoich też”, ale pohamowała się w ostatniej chwili. Mała chyba zauważyła coś w jej twarzy, bo odwróciła wzrok i cicho przeprosiła. Nastała chwila ciszy. Wreszcie dziewczyna otarła sobie wolną ręką oczy i ziewnęła.

- Idziemy spać? – zapytała cicho Paulina, otaczając ją delikatnie ramieniem. Mała kiwnęła głową. Starsza wyczuła, że czuje się nieswojo, toteż puściła ją, doprowadziwszy do kanapy. Dziewczyna usiadła na brzegu i patrzyła, jak tamta okrąża łóżko, by położyć się z drugiej strony. Niewiele myśląc podbiegła do niej i mocno przytuliła.

- Wiem, że jestem żałosna – szepnęła, połykając łzy – Ale dzięki, że tu jesteś.

 

Tak, Mała jest żałosna. I to wcale nie moja wina. Nie byłabym sobą, gdybym nie powstawiała jeszcze kilku rzeczy (już słyszę te jęki „uuuu, psychofanka Frozen!”). Proszę więc bardzo:

I jeszcze jedno wykonanie Life’s too short, tym razem śpiewają Kristen Bell i Idina Menzel, czyli te prawdziwe Anna i Elsa (wieeem, jestem nudna) :

 

Żegnam, do napisania:)