Miesięczne archiwum: Luty 2014

Bezsensowne opowiadanie 6 + „Wiadomości poranne”

Witojcie. Mam tutaj kolejną, szóstą część Bezsensownego opowiadania. Ehh… Dobra, na początek wiadomości ze świata (tak, będę odciągać od tematu). Otóż rankiem 26 lutego wiadomości Ameryki zebrały gapiów w centrum jakiegoś ichniejszego miasta. Odbyło się tam wspólne śpiewanie hitu. Powiem tyle: oni umieją się bawić! Szkoda, że w Polsce tak nie mamy;3  Poczujcie się przez chwilę jak Amerykanie, obejrzyjcie wiadomości poranne i zaśpiewajcie razem z nimi:

Ach, zazdrość :P W trójce – względnie czwórce, licząc Idinę Menzel – wokalistek jest dziewczyna z „Szina, szina łina”!

Hm… Jeszcze jeden filmik, potwierdzający moją obecną manię –  ”Krainę Lodu”? Myślę, że lepiej nie;)

A co do obrazka, który pojawia się nieco niżej, to jak będzie mi się chciało i będzie jakaś ciekawa scena do narysowania, to narysuję. Nie krytykuję go, bo przyjęłam w większości sytuacji sprawdzającą się metodę, czyli „dopóki nie powiesz o mankamentach swojej pracy, nie powinny być one zauważone”.  Proszę:

 

Mała okropnie bała się, że Paulina się wykrwawi. Ha, gdyby postrzelono Rozalię, to co innego! Ale Paulina… To jednak taki ich kręgosłup… Bez niej sobie nie poradzą! Była dla niej pełna podziwu. Bez względu na rękę, która bez wątpienia bolała jak diabli, biegła. Wolno, ale przynajmniej biegła. Widać było, mimo zakrywającej twarz grzywki, że z całych sił zaciska zęby.
Małej niezbyt uśmiechało się bieganie, jak każdej dziewczynie, która zostałaby bez ostrzeżenia wyciągnięta z łóżka w ciemną noc, bez możliwości ubrania się. Jednak obiecała sobie przecież, że o nic nie poprosi swoich towarzyszek, więc podążała za nimi bez słowa. Drugą przyczyną jej niechęci do biegu był śmietnik na ulicy. Och, jak chciałaby mieć wreszcie buty!
Adrenalina poniosła ich aż za miasto. Właściwie „niosła” tylko Małą i Rozalię, które ciągnęły za sobą półprzytomną starszą. W samą porę, bo już robiło się ciemno, znalazły opuszczony domek jednorodzinny i weszły do środka. Paulina opadła z ulgą na kanapę i spojrzała na czerwono-brunatną od częściowo zaschłej już krwi rękę.
– Boli cię? – zapytała Mała, gdy tylko złapała oddech i zamknęła drzwi na zamek. Może i było to głupie pytanie, ale o co innego można było zapytać?


Dziewczyna podniosła nieco głowę, uśmiechnęła się samymi wargami i wymownie zerknęła z powrotem na swoje ramię.
– Roza, znajdziesz jakiś bandaż? – spytała Mała drżącym głosem. – Poszukaj w łazience, w kuchni. Weź jeszcze wodę utlenioną. Okej?
Pięciolatka, czerwona z wysiłku, spojrzała na nią zdziwiona uprzejmym tonem jeszcze niedawno przezywającej ją dziewczyny. Rozpogodziła się troszeczkę, kiwnęła główką i wyszła z pomieszczenia.
– Pokaż mi.
Mała podeszła do kanapy, klęknęła przed starszą i z krzepiącym uśmiechem popatrzyła na nią. Tamta zrobiła to samo. Jej oczy były opuchnięte od łez, błękitne tęczówki błyskały, jakby przepraszając za niedyspozycję. Skrzywiła się i delikatnie zdjęła rękę z rany. Mała rozeznała się w sytuacji, ignorując zawroty głowy i powstrzymując odruchy wymiotne. Okazało się, że pocisk przeszedł na wylot, ale na szczęście nie przeciął żadnego mięśnia. Z lekkim przerażeniem, ale i ulgą przekonała się, że zbir chybił o centymetry, gdyż mało brakowało, a dostałaby w pierś i najpewniej zmarła na miejscu. A tak przynajmniej mogą coś zrobić.
– Przynajmniej nic nie utknęło w środku – powiedziała Mała, gdy Paulina na powrót złapała się za rękę. – Czemużeś mi wtedy nie zdjęła tych głupich kajdanków? Miałaś sekator, byłoby mi łatwiej ci pomóc, a teraz… Teraz ta twoja Rozunia musi wszystko…
Uciszyło ją kopnięcie dziewczyny. Mała upadła na plecy i uchwyciła wkurzone spojrzenie starszej. Ale co? Taka prawda! – pomyślała naburmuszona. Bulwersy starszej dotyczące bachora zaczynały ją już nudzić. Co ona jest, jej siostra? Zresztą widziała już „miłość” sióstr, więc prędzej jej matką. No, bo żeby wkurzać się o wszystko powiedziane na Rozalię niewłaściwym tonem? Przecież logiczne, że to dziecko sobie nie poradzi z opatrzeniem rany Pauliny!
– To nie zmienia faktu, że nieźle się wkopałaś. – powiedziała do niej, siadając i dla bezpieczeństwa odsuwając się nieco od kanapy. -Bo wiesz, ja ci nie za wiele pomogę, a Rozalia ma tylko pięć lat, co ona może wiedzieć o bandażowaniu, chociażby? To smutne. Po prostu smutne.
– Moja ręka jest postrzelona. To smutne. – wychrypiała ostrzegawczym, acz płaczliwym tonem Paulina. – Ty jesteś niezdolna do pomocy, a nie chcesz uwierzyć w jedyną moją nadzieję na niewykrwawienie się. To bardzo smutne. I, jakbyś nie zauważyła, Rozalia jest małą dziewczynką, a małe dziewczynki bawią się w pielęgniarki. Brzmi znajomo? A więc przestań truć i uważać, że tylko ty możesz coś zrobić, bo jeśli powiesz jej co ma robić, to gwarantuję ci, zrobi to, a przynajmniej spróbuje.
Mała prychnęła i podniosła się. Rzuciła starszej współczujące spojrzenie pomieszane z lękiem, ale szybko poprawiła się i popatrzyła najbardziej obojętnym wzrokiem, jaki udało jej się w tej chwili z siebie wykrzesać.
Dziewczyna, która mówiła dość cicho, ale chciała, by Mała dobrze ją usłyszała, w związku z czym wychyliła się w jej stronę, teraz opadła na oparcie z bolesnym grymasem uzupełnionym drwiącym uniesieniem jednej brwi. Jak otwarta książka. Jak rękopis, w którym ktoś nie dość szybko zamazuje poprzednie zdanie i zastępuje je niezbyt przekonującym nowym. Jak na tacy, jak na dłoni… Wszystko po niej widać, chociaż próbuje do tego nie dopuścić. Biedne, zazdrosne stworzenie, chcące na siłę pokazać się w nieczułej odsłonie. I po co to? Do zakrycia własnych słabości? By zrobić komuś na złość?
Do pokoju weszła uśmiechająca się triumfalnie Rozalia ze zwojem białej gazy i butelką wody utlenionej w rączce, więc „zazdrosne stworzenie” obrzuciło ją kwaśnym spojrzeniem. Dziewczynka nie zauważyła tego, bo swoje kroki od razu skierowała w kierunku kanapy.
Rozalia, pod dozorem Małej, z wielką ostrożnością polała Paulinie ranę wodą utlenioną. Aż dziwne było, że starsza nie krzyczała, tylko znowu zaciskała zęby, a oczy świeciły jej się niezmiennie. Dziewczynka na własnej skórze czuła, nie dawniej jak trzy dni temu, jak szczypie dezynfekowanie rany. Śmiała się wtedy z tego słowa, bo nie umiała go wypowiedzieć, a w końcu nawet Róża, powtórzywszy je kilka razy, niosąc siostrę z obdrapanym kolankiem „na barana” do domu, przekręciła dziwacznie wyraz. Wybuchnęły wtedy śmiechem obie, aż Czarek – chłopiec, przez którego się skaleczyła – naburmuszył się i uciekł z placu zabaw. Skoro dezynfekcja zdartej skóry tak bolała, to jak musi boleć polewanie tym samym roztworem otwartej rany? A Paulina nawet nie pisnęła!
– Nie boli cię? – spytała bojaźliwie zaciekawiona Rozalia, kiedy delikatnie obcierała nadmiar zabarwionej na krwistoczerwono wody z ręki dziewczyny. Ona popatrzyła na pieniące się od brudu okolice rany i odpowiedziała powoli, poprawiając trzymającą ramię zdrową rękę:
– Przyzwyczaiłam się. Ale nie mogę nią ruszać – skrzywiła się, wygodniej opierając łokieć o udo.
– Owińże ją wreszcie – przerwała im Mała, ubolewająca nad swoją bezczynnością po drugiej stronie salonu.
Rozalia z poważną minką, bojąc się zbyt mocno dotknąć starszej, zaczęła okręcać bandaż wokół przedramienia Pauliny. Skończywszy, spostrzegła, że nie mają niczego do przecięcia gazy i do zamocowania jej w miejscu. Zmarszczyła czoło, zwracając się w stronę wyglądającej przez okno Małej.
Patrzyła ona na zapalone latarnie uliczne, rozpraszające ciemność i zastanawiała się, kto je zapala. Mało tego, że każdej nocy, to jeszcze teraz, gdy miasto opustoszało. To się nazywa pracoholia – wykonywać swoją robotę, gdy na zewnątrz objawiają się początki wojny. Do odklejenia nosa od szyby zmusiła ją Rozalia, nawołując ją i każąc jej zrobić dziwaczne rzeczy.
– Że co? – spytała, schodząc niechętnie z fotela.
– No mówię, że jak dźwig. Tak tyłem! – odpowiedziała dziewczynka pod wpływem genialnego pomysłu, który wpadł jej do głowy. – Teraz podejdź i potrzymaj.
Przekazawszy bandaż w ręce Małej, Roza wybiegła tam, gdzie poprzednio. Zza pleców dziewczyny dobiegł krótki śmiech i głos Pauliny.
– A nie mówiłam – powiedziała. – Mam tylko nadzieję, że nie przesiąknie.
– Masz ty jakichś znajomych? – zapytała z westchnięciem Mała.
– Pewnie trudno im ze mną wytrzymać, nie?
– Coś ty taka radosna? No dobra, miałaś rację, dziecko sobie poradziło, już się tak nie pusz. Mogliby nam pomóc. Konkretnie chodzi mi o dorosłych typu tych, co się tam samozaszlachtowali w jeepie. No dobra, sorry. – ustąpiła, znowu dostając kopniaka. – Bosze… A ten Ares? Co to za jeden?
– Oni mieli nas do tam zabrać – powiedziała starsza, nie wiadomo czemu chichocząc po jej słowach – Zabrać do Bazy. Właściwie, miała to zrobić Beata z mężem, ale dostała wezwanie, a on… Zaginął w akcji.
– Zaginął, powiadasz? – zapytała ze smutkiem Mała – Był policjantem, co? No to zginął, ledwo zdążył odstawić mnie do bloku, w którym mnie znaleźliście. Znalazłam wtedy ten list, który czytaliście. Czemu pisała o mnie? Jakby rodzice sami nie mogli mnie odstawić w odpowiednie miejsce.
– Mała – głos Pauliny zabrzmiał bardzo delikatnie, z lekkim oddźwiękiem smutku i współczucia. – Mała…
– Mam! – przerwał jej radosny okrzyk Rozalii, która wpadła właśnie do pokoju. Dzierżyła w łapkach nożyczki i szeroką rolkę szarej taśmy klejącej. Z dumną minką odcięła niepotrzebny kawał opatrunku i dokładnie obkleiła zabandażowane miejsce taśmą.
– Dziękuję – uśmiechnęła się Paulina po skończonej robocie. – Świetnie sobie poradziłaś, kochanie – przytuliła ją jedną ręką. Druga bezwiednie spoczywała na jej udach, nadal upiornie wybrudzona zaschniętą krwią.
Rozalia i to załatwiła. Zmoczyła w łazience ręcznik i umyła jej obie ręce. Paulina pochwaliła ją, mówiąc, że czuje się jak rozpieszczana księżniczka. I tym razem dla Małej było za słodko, ale powstrzymała się od jakichkolwiek komentarzy. Wszystkie były zmęczone. Zmęczone i głodne. W prawdzie dziewczynka wytrzasnęła skądś pół chleba, więc mogły zjeść chociaż niedużą kolację, ale, no właśnie. Niedużą.
Potem zdecydowały się spać wszystkie na jednym łóżku – rozkładanej kanapie, którą trochę pobrudziły krwią. Ułożywszy się, nakryły się dużym, miękkim kocem. Rozalia zasnęła od razu, leżąc pomiędzy pozostałymi dziewczynami.
– Mój mały bohater – Paulina głaskała ją nieco nieporadnie, bo lewą ręką, po główce. – Na pewno jest przerażona, ale jaka dzielna. Tyle dzisiaj zrobiła, niech się wyśpi. Mała, mówię to dlatego, żebyś nie zaczęła zaraz wrzeszczeć na mnie z jakiegoś błahego powodu.
– Nie mam zamiaru – wymamrotała tamta. – Ty też lepiej śpij.
– Niby się przyzwyczaiłam, a ból nadal nie pozwala zasnąć – szepnęła do siebie starsza, podciągając wyżej koc.
– Byłaś już wcześniej postrzelona?
– Nie, ale to boli podobnie do złamanej ręki czy nogi, a tego się nałamałam po wsze czasy.
– To co ty robisz? Sporty ekstremalne uprawiasz? – zdziwiła się Mała.
– Nie – uśmiechnęła się w ciemności Paulina. – Parkour.
Po chwili ciszy Mała znów się odezwała.
– Czuję się jak roślina. Zależna od kogoś.
– Ale przyznaj, łatwiej być rośliną, gdy jest ktoś, kto chce się tobą zajmować.
Taa, i znowu wszystko dzięki małej zołzie – pomyślała, już zasypiając.

Gdy niecałe pięć godzin później wyciągnięto je z łóżka, dopiero poczuły się jak przestawiane, szarpane i rozstawiane po kątach rośliny, do których zamiast z pistoletu na wodę, mierzy się prawdziwą, ciężką, naładowaną spluwą.